Press "Enter" to skip to content

Leniwy weekend (5) – Profesor Wilczur, LandGrabbers i Legion

Oj dawno nie miałem czegoś takiego co mógłbym określić mianem „leniwego weekendu”. Bardzo dużo się działo. Przede wszystkim wolne weekendy pochłonął wyjazd na Macworld, a po powrocie rzuciłem się nadrabiać stracony czas w przygotowaniu do Biegu Piastów. To wszystko razem powoduje, że poniższy wpis jest zbiorem tego co robiłem, co czytałem, w co grałem i czego słuchałem z ostatnich kilku tygodni.

Zabrałem się w samolocie do San Francisco za kontynuację Znachora (ciągle jestem pod wrażeniem tej książki!), czyli Profesora Wilczura autorstwa Tadeusza Dołęgi Mostowicza. Książka jest świetna, czyta się ją znakomicie, a podstawowa różnica polega na tym, że… nie stoi za nią film. Czytając Znachora, miałem przed oczami kolejne sceny ze świetnego filmu z Jerzym Bińczyckim w roli głównej.

A tutaj pustka. Oczywiście tytułowy Profesor Wilczur to w mojej wyobraźni nadal Jerzy Bińczycki, a Profesor Jerzy Dobraniecki to oczywiście Piotr Fronczewski, ale to jednak już nie to samo. Najważniejsza różnica jest taka, że nie znałem zakończenia i nie wiedziałem czego się spodziewać. Druga sprawa, że jest bardzo mało postaci, które powtarzają się ze „Znachora”, co powoduje, że z jednej strony wiem jak wygląda tytułowy Profesor Rafał Wilczur, ale już np. nie wiem jak wygląda młoda dr Łucja, a szkoda. Ale to jedyna różnica w odbiorze książki, która oczywiście nie przeszkadza w żaden sposób. Jak ktoś polubił „Znachora”, to „Profesora Wilczura” przywita z ogromną radością. To czyta się dokładnie tak samo. Książka jest dostępna w iBooks Store za zawrotną cenę 0,49 euro.

Profesor Wilczur 1

Profesor Wilczur 2

Chciałem dzisiaj polecić grę, w którą gram grubo od ponad roku nieprzerwanie – LandGrabbers. Jest to klasyczny RTS, który oprócz sprawnych palców wymaga bardzo strategicznego myślenia. Z początku gra wydaje się banalna, różnymi rodzajami żołnierzy atakuje się inne plemiona, a celem, jak zawsze w takich grach, jest całkowite wybicie wroga. Proste? Tylko z pozoru. Na wyższych poziomach można się całkiem nieźle spocić. Co tu dużo mówić, gra jest dosyć trudna, a przejście jej na 100% wymaga duuużo wprawy.

LandGrabbers-1

LandGrabbers-2

Niestety gra nie obsługuje iClouda, co powoduje, że jak przeszedłem ją na jednym iPadzie, to nie mam żadnej historii kupionych przedmiotów na drugim urządzeniu. Ale trudno, gra jest na tyle dobra, że chętnie zapłacę za pewne rzeczy jeszcze raz.

Koniecznie spróbujcie LandGrabbers. Podstawowa wersja, kilka poziomów, jest za darmo, ale żeby odblokować ich więcej trzeba wydać trochę pieniędzy w App Store. Zróbcie to bez wahania, gra przyniesie Wam przynajmniej kilka tygodni rozrywki. Ja już gram w nią dłużej niż rok i nie mam żadnych oznak znudzenia. Polecam!

Opowiadałem w ostatniej MacGadce, że mam sporo nieprzesłuchanych do końca, do ostatniej nuty, płyt z lat 80-tych i 90-tych. Między innymi dlatego jestem przeciwnikiem, póki co, subskrypcji muzyki, np. za pomocą Spotify. Mam w swoim iTunes całe zbiory płyt, które wymagają przypomnienia i utrwalenia. O np. coś takiego:

Deicide itunes

Powyższy screenshot nie jest przypadkowy. Ten kto obserwuje mnie na Twitterze wie, że byłem wczoraj na koncercie Deicide. Od razu ostrzegam, że dzisiaj wybrana muzyka to propozycja dla osób o mocnych nerwach. Deicide to legenda death metalu z początku lat 90-tych. Mimo upływu ponad 20 lat wciąż są w mega formie koncertowej. To nie są pioseneczki dla grzecznych dziewczynek, to najcięższa i najbardziej agresywna muzyka w najczystszej formie. Deicide to death metal, który znakomicie opiera się próbie czasu i dzisiaj, płyty nagrane w latach 90-tych, wciąż brzmią znakomicie. Jeżeli jesteś fanem metalu, a nie słyszałeś wcześniej Deicide zacznij przygodę od płyty Legion (przygrywała mi dzisiaj w drodze do sklepu). Jest ona dostępna w iTunes za 7,92 euro. Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałem, odsłuchujecie na własną odpowiedzialność :)

Przy okazji, bardzo jestem ciekawy, ilu z Was, czytelników tego bloga, słucha takich zespołów jak Deicide. Dajcie znać, może kiedyś wybierzemy się wspólnie na jakiś koncert!

Deicide 1

Deicide 2

A jak ktoś nie chce ryzykować, to… odkręćcie głośniki na full i tak smakuje Deicide:

Żyjecie? :) Przy okazji, przekopując się przez sklep iTunes zauważyłem, że 25 marca będzie do nabycia kolekcja wszystkiego co Deicide wydał współpracując z wytwórnią RoadRunner, czyli 6 pierwszych płyt w cenie 19,99 euro. Pierwsze cztery płyty są z pewnością tego warte.

1. Profesor Wilczur – Tadeusz Dołęga-Mostowicz – 0,49 euro
2. Deicide – Legion – 7,92 euro
3. LandGrabbers – podstawa za darmo, dalsze poziomy płatne

  • Maciej Czechowski

    Dla mnie ostatni warty wysłuchania album to „The Stench of Redemption” i jest jedną z najlepszych produkcji pod szyldem Deicide.
    Akurat je przegapiłem,ale kolega był na koncercie Deicide,Belphegor,Hour Of Penance i The Amenta w Poznaniu,i mówił,że o ile kolesie z Belphegora zagrali koncert,wczuwając się w to,o tyle Deicide wyszedł,odegrał co musiał i do widzenia.Mam nadzieję,że we Wrocku było lepiej.

  • No to może się kiedyś na jakimś koncercie spotkamy :) Ja co prawda nigdy wielkim fanem Deicide nie byłem, wolę dorobek innych klasycznych zespołów w tych klimatach, jak np. Carcass, Atheist, Arch Enemy czy oczywiście Death (przy The Sound of Perseverance zawsze wymiękam… :)).

    • Filthy_Criminal

      The Sound Of Perseverence to, dla mnie, mistrzostwo świata ze strony Death. Kawałek The Voice Of Soul jest świetny, cover klasyka – jakim dla mnie jest Judas Priest też mnie zgniata. Podobna sytuacja z Carcass – świetna muza, ale jak już wyżej napisane nie dla wszystkich :) ogólnie w ciężkim klimacie to sporo jest dobrej muzy i można by o tym gadać i gadać :)

      • Leprosy! To dla mnie najlepsza death metalowa płyta w historii.

        • Filthy_Criminal

          Michale a co powiesz o Symbolic’u ? Tu znajduje się też sporo dobrych kawałków – „Without judgement” „Crystal mountain” „Zero Tolerance” no i tytułowy „Symbolic”

          • Wszystkie płyty Death’u są świetne, ale od Symbolic z pewnością wolałem zarówno Human jak i Individual Thought Patterns, ale i tak mój ulubiony to był ten „stary” Death, jeszcze taki mniej techniczny, bardziej dziki, czyli 3 pierwsze płyty z Leprosy na czele.

  • MDW2

    A ja się zastanawiam jak to możliwe, że ten sam człowiek napisał „Karierę Nikodema Dyzmy” i „Znachora” (oraz jego kontynuację – „Profesora Wilczura”). O ile pierwsza książka to faktycznie genialna literatura przez duże „L”, to druga jest raczej takim Harlequinem tamtych czasów. „Znachor” jest często stawiany obok takiego wyciskacza łez jak „Trędowata”. :) Filmy „Znachor” i „Profesor Wilczur” oczywiście znam i faktycznie są niezły (głównie dzięki aktorom starej szkoły). Jednak nie zmienia to faktu, że sama opowieść to trochę „taniocha”. :)

    Natomiast „Kariera Nikodema Dyzmy” (którą przeczytałeś wcześniej) to dla mnie najlepszy polski serial z najlepsza rolą mojego najlepszego polskiego aktora – Romana Wilhelmiego. Serial oglądam od lat co kilkanaście miesięcy (DVD kupiłem lata temu). Książkę czytałem (w iBooks też), audiobook słuchałem (fajnie się słucha Jerzego Bończaka, czyli aktora który grał Krzepickiego w serialu). Kiedyś widziałem jak na Twitterze napisałeś, że wolisz zakończenie z książki niż serialu. Hmmm… przecież te zakończenia są prawie identyczne. :) Jest tylko jeden drobny, nieistotny szczegół w zakończeniu. W książce gdy Dyzmie zaproponowano stanowisko premiera, idzie on się zastanowić do gabinetu gdzie ma zamiar napisać na maszynie list odmawiający. W filmie Dyzma idzie wtedy nad staw się przejść i zastanowić nad decyzją. W obu przypadkach w tym momencie Ponimirskiemu puszczają nerwy, zaczyna się śmiać i wygłasza swój epokowy monolog na temat Dyzmy, który moim zdaniem ma symboliczne znaczenie i Dołęga-Mostowicz mocno nim uderza w ówczesne sfery rządzące. Ja tu różnicy nie widzę poza miejscem w którym Dyzma się zastanawia. :)

    • Ta różnica w końcówce „Dyzmy” – książki i filmu polega moim zdaniem na tym, że:
      W filmie on idzie nad jezioro, wszyscy wychodzą na taras i wydaje się, że został przez Ponimirskiego zdemaskowany. Wszyscy na niego tak patrzą jakby właśnie się zorientowali w jego wielkim oszustwie. Czyli jest to koniec bajki Nikodema Dyzmy.
      Natomiast w książce jest tak, że Ponimirski raczej zostaje zlekceważony, uznany za wariata, co oczywiście jest ze strony autora dalszym pośmiewiskiem, z ówczesnych wyższych sfer.
      Różnica jest bardzo subtelna, delikatna, ale moim zdaniem jest.

      • MDW2

        Ale teksty Ponimirskiego i ludzi reagujących na jego „wyskok” są dokładnie takie same w książce i w serialu. Wysłannik prezydenta tu i tu mówi „aaa, to wariat”.

        Ja zawsze odbierałem to tak, że to „to wariat” to było tylko takie usprawiedliwienie się i wyjście z twarzą tam na przyjęciu. Po przyjęciu, gdy wszyscy rozjechali się do domów na pewno Dyzma został prześwietlony przez każdego z uczestników przyjęcia z osobna. :) Zwłaszcza, że już wcześniej naczelink policji się nim interesował. Słowa Ponimirskiego tłumaczyłyby dziwne, często prostackie, zachowania Dyzmy. Ja bym się w takiej sytuacji zastanowił nad dalszym afiszowaniem się znajomością z Dyzmą. :)

        A tak swoją drogą to gdyby nie ten Oxford i znajmość angielskiego to Dyzma miał duże szanse na karierę przez długie lata. Ja dlatego wszędzie na wszelki wypadek mówię, że nie znam angielskiego. :)

        Ale sobie pogadaliśmy… :D

        • Zgadza się, gadka Ponimirskiego jest identyczna, ale w książce kończy się na tym „aaa, to wariat” i wydaje się, że wszyscy lekceważą jego wypowiedź. Natomiast w filmie jest to takie charakterystyczne wyjście na taras i pytający wzrok setki ludzi w kierunku Dyzmy. W książce tego nie ma.

    • Simarillion

      Przed II Wojną Światową, książki „Znachor” i „Profesor Wilczur” były określane jako „literatura dla kucharek”.

      „Kariera Nikodema Dyzmy” to zupełnie inna kategoria.

      • MDW2

        No właśnie to mnie skłoniło do napisania mojego komentarza.

  • Paweł Witek

    No i ja się dopiszę do listy miłośników cięższy dźwięków, aczkolwiek Deicide raczej do moich faworytów nie należy – ot bardziej mi podchodziła szwedzka scena, a z amerykańskich, to też raczej w kolejce za Death, Morbid Angel czy Cynic.

    A co do wspólnego wyjścia/wyjazdu na koncert, jako że ja również z Wrocławia, to z przyjemnością ;)

  • Simarillion

    „Artykuł sponsorowany”

  • Pingback: Ależ to była piękna „promocja”! | MacTutorial.pl()

  • Profesor WIlczur ma DRM – jak przejść z formatu Epub do MOBI – próbowałe przez calibre – ale nie pozwala