Press "Enter" to skip to content

Miesiąc: Październik 2010

2 dni z MobileMe – iDisk

Rozpocząłem ten eksperyment przedwczoraj. Uruchomiłem 60-dniową darmową wersję sieciowej usługi Apple, czyli MobileMe. Nie ukrywam, że jestem wiernym i oddanym użytkownikiem Gmaila i wszystkich usług pozwiązanych z kontem w serwisie Google. Zatem w sposób oczywisty nie jestem w stanie podejść do MobileMe całkowicie obiektywnie, bez obciążeń wynikających z używania Gmaila i nie porównując usługi Apple do usługi Google. Moją główną motywacją był iDisk. Potrzebuję jak powietrza dodatkowego miejsca na składowanie różnych różnych archiwalnych plików. Nie interesuje mnie dysk twardy schowany w szufladzie, chcę żeby to był jakiś dysk „w chmurze”, żebym miał do niego dostęp w każdym momencie. iDisk wydawał się zatem idealny. Cała reszta usług, czyli konto pocztowe, kalendarz, książka adresowa, galeria i usługa Find My iPhone przynajmniej w założeniu miała być jedynie miłym dodatkiem.

Jak przekonać użytkowników iPhone’a do kupna Maka?

Odpowiedź na pytanie tytułowe nasuwa się sama po obejrzeniu najnowszego Keynote’a. Należy na Maku zrobić im system, który będzie możliwie najwierniej przypominał to czego do tej pory używali na iPhonie, iPodzie Touch lub iPadzie. Sam jestem przykładem macusera, który przesiadł się na Maki wskutek efektu halo iPhone’a (konkretnie pierwszego iPoda Touch). Jak chwilę poużywałem tego sprzętu, to nie ukrywam popadłem w zachwyt nad łatwością obsługi tego urządzenia, sposobem instalacji programów z AppStore’a, itp. Zdecydowanie nie ma prostszego systemu do obsługi niż iOS. Można wręcz powiedzieć, że „każdy głupi” obsłuży urządzenie z iOS-em. Gdybym chciał teraz mojej prawie 80-letniej babci kupić „coś” do obsługi internetu, to kupiłbym jej iPada i pokazał pod którym przyciskiem jest internet. I jak już chwilę pobawiłem się tym iPodem, to wkrótce pomyślałem, że bardzo chcę mieć komputer, który będzie się obsługiwało tak samo łatwo. Tak właśnie zostałem macuserem. Ale jednak dzisiejszy Mac OS X 10.6 Snow Leopard, to nie jest to samo co iOS.

Podstawowe czynności na plikach pdf

Jedną z pierwszych rzeczy, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie po przesiadce na Maka, była możliwość wykonywania prostych czynności na plikach pdf. Co ważniejsze, te możliwości są dostępne od razu po włączeniu po raz pierwszy komputera, bez konieczności instalowania żadnego dodatkowego oprogramowania. Konkretnie mam na myśli to co możemy zrobić za pomocą systemowego Podglądu. W szczególności do dzisiaj bardzo sobie cenię np. zamianę dowolnych plików graficznych, które otwiera Podgląd na pliki pdf i w drugą stronę, tj. niezwykle często zamieniam pdf-y na pliki png, gif lub jpg. Bardzo chwalę sobie to, że Podgląd otwiera pliki eps (większość) i można je dalej zapisać jako pliki pdf.

Czy nie za dużo tych kotów?

Wczoraj Apple zaprosił na 20 października na konferencję dotyczącą…… hmmm….. wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nowego systemu operacyjnego. Ciężko jest inaczej interpretować hasło Back to the Mac i Lwa ukrytego za obracającym się jabłkiem. Z jednej strony jestem bardzo zadowolony. Należę do osób, uwielbiających godzinami grzebać w ustawieniach systemu, optymalizować swoją pracę i wszelkie nowości witam z wielką radością. Jestem fanem różnego rodzaju nakładek na system, dających możliwość zmiany sposobu działania docka, findera, itp. Uwielbiam drobne programiki zagnieżdżające się w górnym pasku menu, które poprawiają naszą efektywność. I teraz kolejna wielka zmiana prosto od Apple, co jest fajne, bo wszystko będzie działać super, w odróżnieniu od drobnych programików od zewnętrznych deweloperów, które czasami działają rewelacyjnie, a czasami niekoniecznie. Ach, będzie coś nowego, tysiącpińset dwadziwińset nowych ustawień, drobnych modyfikacji, funkcjonalności, dodatkowych programów, itp. Jednym słowem, perspektywą dorwania się do nowego systemu jestem wręcz podniecony i nie mogę w miejscu wysiedzieć. Ale…. No właśnie, jest kilka ale, które powodują, że to jednak nie do końca jest takie fajne.

Drukowanie plików „pod prawym klawiszem myszy”

W dzisiejszym wpisie, będę narzekał na intuicyjność OSX-a :) Niemożliwe? Możliwe! Jest kilka rzeczy, dosłownie drobiazgów, ale jednak, które mnie w systemie Mac OS X denerwują. Jedną z takich rzeczy jest drukowanie wielu plików na raz. Pracuję dosyć często z plikami pdf przesyłanymi od innych osób. Raz na jakiś czas muszę taką dużą paczkę tych plików wydrukować. I zawsze się denerwuję, bo nie pamiętam jak to zrobić.

Nowa poczta za pomocą Automatora

Na specjalne życzenie zaprzyjaźnionego blogera @SebaSonido przygotowałem krótki tutorial w jaki sposób można uruchomić pocztę Mail i od razu przejść do tworzenia nowego e-maila – wszystko za pomocą jednego skrótu klawiaturowego. Rozwiązanie zostało przygotowane w Automatorze, który idealnie nadaje się do tworzenia tego typu narzędzi, a więc wykonywania podobnych czynności wiele razy. Pisałem już o wykorzystaniu Automatora do skalowania wielu obrazków. Tym razem zadanie jest o niebo prostsze. Gotowe rozwiązanie na tyle mi się spodobało, że pozostawiłem je włączone również na swoim komputerze.

Kadrowanie obrazków w Pages

Czy zdarza się Wam czasem napisać dokument tekstowy i dodawać do niego obrazek? Przyznaję się od razu, że mi niezbyt często. Ale jednak czasami to robię. Kiedyś robiłem to następująco: przycinałem obrazek w systemowym Podglądzie i następnie wstawiałem do Worda (lub innego edytora tekstu). Jeżeli coś mi się nie podobało, kadrowałem obrazek jeszcze raz i wstawiałem ponownie. Pracując tą metodą zdarzało się, że kadrowałem obrazek wiele, wiele razy, a i tak nie mogłem się często powstrzymać od wrażenia, że jakbym zrobił to jeszcze raz, inaczej przyciął obrazek, inaczej wstawił, to mogłoby być jeszcze lepiej. Macie to samo? Poprawki tworzonych dokumentów (i stron internetowych) do nieskończoności?

Korespondencja seryjna w Pages i Numbers

Raz na jakiś czas muszę zrobić korespondencję seryjną. Konkretnie, to muszę wyprodukować list o bardzo podobnej treści do około 400 osób. Wykonywałem tę czynność w ostatni piątek z użyciem pakietu Office 2008 na Maka. Po tym jak po raz piąty albo szósty z rzędu Word był uprzejmy wyświetlić komunikat o jakimś tam niespodziewanym błędzie krytycznym i zamknąć się, niszcząc efekt kilkunastu minut pracy, postanowiłem spróbować czegoś innego. Wybór oczywiście padł na Pages i Numbers.

Time Machine

Wprowadzam na bloga nową kategorię „używam – polecam”. Będę tutaj czasami recenzował  programy, których używam i bez których nie mogę się obejść. Dzisiaj będzie to Time Machine.

Podobno ludzie dzielą się na dwie kategorie: na tych którzy robią backupy i tych co dopiero będą robili backupy. Coś w tym jest, a działa to zgodnie z zasadą, że nie zna się dnia ani godziny, kiedy możemy stracić nasze najcenniejsze dane. Różne rzeczy mogą się zdarzyć, np. awaria dysku twardego, kradzież komputera, wirus komputerowy (że co?!?!), czy też zalanie komputera. To ostatnie zdarzyło mi się kiedyś. Opis tej traumy tutaj. Dla jednych najgorszą stratą będą dane firmowe – super ważne zestawienia, podsumowania, które gromadzili i opracowywali latami. Dla drugich z kolei najcenniejsze będą np. zdjęcia rodziny z wakacji, zdjęcia i filmy dziecka kiedy miało roczek, itp. Ja jestem z tej drugiej grupy. O ile najważniejsze dane firmowe jakoś systematycznie bym odtworzył (większość super ważnych plików jest gdzieś w czeluściach mojego Gmaila) o tyle prywatnych zdjęć córki oprócz tych opublikowanych na jej blogu i na moim Facebooku nie odtworzyłbym żadnym sposobem. Jest tych zdjęć dobre kilkadziesiąt gigabajtów i są one dla mnie bezcenne.